Gdzie byłam i co jadłam?

Jak już pisałam wczoraj, ciężka depresja dopadła nas wszystkich po powrocie z urlopu. Szczególnie ja potrzebuję wyjątkowo dużo czasu, aby powrócić do rzeczywistości, kiedy już pokaże mi się, że jednak można żyć inaczej. Jestem niezwykle podatna na incepcję ;-). Pomyślicie pewnie, że wakacje spędziłam w jakimś raju na krańcu świata. Otóż nie do końca tak jest, gdyż byliśmy w Chorwacji, a więc rzut beretem, ale dla mnie istotnie był to raj. Dlaczego? Ano dlatego, że był to mój pierwszy urlop od wielu wielu lat i w dodatku całkiem pierwszy z nową Rodziną. Wszystko było idealne i wszystko mi się podobało, co może się wydać zaskakujące, jako że  termin wyjazdu przypadał na drugą fazę cyklu ;-).

pan
Tam byłam. Lopar.

Gdziekolwiek się nie pojawiliśmy, spotykaliśmy uśmiechniętych ludzi, porozumiewających się zarówno w języku angielskim, jak i włoskim, serbskim, chorwackim, a nawet polskim, głównie jednak niemieckim. W zasadzie to niemiecki jest tam językiem trochę jakby urzędowym. Wchodzisz do sklepu, baru, restauracji i nikt Cię nie pyta skąd jesteś, na start od razu dostajesz powitanie po niemiecku. Jakby Chorwacja była niemiecką kolonią, niczym Majorka. Ale, jako że mieliśmy w swoim teamie reprezentantów władających każdym z wymienionych języków, nie było problemu z dogadaniem się. Szczerze mówiąc, nie sądzę żeby jakiś się pojawił nawet wtedy, gdybyśmy ograniczyli się jedynie do naszej ojczystej mowy.

powitanie
Słowiańskie powitanie. U nas – chlebem i solą, tutaj – ciastem i rakiją.

Uznałam, że w Chorwacji, a konkretniej mówiąc na wyspie Rab, zatrudnia się najlepszych kucharzy. Wszystko co jadłam było przepyszne, cokolwiek zamówiłam, smakowało jak nigdzie indziej. No, prawie wszystko. Nie licząc bardzo drogiej i bardzo modnej restauracji na Starym Mieście w Rab, w której strawa okazała się kulinarną porażką (choć własnoręcznie pieczony chlebek stanowił akurat rozkosz dla podniebienia… jako jedyny). Nawet sklepowe pomidory miały w sobie coś, czego w tutejszych nie uświadczysz. A oliwa hmmm… oliwa była chyba najlepszą, jakiej w swym życiu miałam okazję kosztować. Nawet kiedy przypadkiem znalazłam się na ulicznym festynie z kuchnią polową, odkryłam tam niebiańskie mule i muszle św. Jakuba.

przegrzebki
Niebiańskie przegrzebki na ulicznym festynie.

Jeszcze zanim rozpoczęła się nasza podróż, postanowiłam wykorzystać okazję przebywania na południu Europy do przetestowania jednej z diet, do której się zabierałam już od miesięcy. Chodzi oczywiście o dietę śródziemnomorską, uważaną obecnie za jedną z najzdrowszych na świecie. Jakkolwiek, odnalezienie dań w stylu śródziemnomorskim w menu typowej loparskiej knajpy okazało się nie takie oczywiste. Najpierw należy przebrnąć przez stos żeberek w stylu niemieckim i sznycli w stylu austriackim, burgerów z frytkami w stylu amerykańskim, naleśników w stylu węgierskim oraz smażonego syra w stylu czechosłowackim. Mimo tych niedogodności udało mi się stworzyć coś mniej więcej przypominającego ten oryginalny, kreteński jadłospis, przynajmniej z wyglądu ;-).

scampi
Tak, wiem, one mają twarze. To przerażające. Więcej tego nie zrobię, obiecuję.

Wiele potraw i produktów jadłam po raz pierwszy. Na przykład świeże figi prosto z drzewa. Figi mają wiele właściwości leczniczych, wszak należą do królestwa roślin, więc to oczywiste, jednak podczas urlopów przydają się szczególnie ze względu na ich łagodne działanie przeczyszczające. Wiele osób, zwłaszcza kobiet, ma problemy z zaparciami podczas przebywania w obcym miejscu, zaś noszenie w sobie kupy przez kilka dni z rzędu jest nie tylko niekomfortowe, ale również zabójcze dla organizmu, nieustannie podtruwanego przez szkodliwe produkty przemiany materii, które powinny być już dawno z niego wydalone.

figa
Figi – lekarstwo na śniadanie.

Inną rośliną, której smak odkryłam dopiero w Chorwacji, jest Mangold. Nie mam pojęcia jaka jest tego polska nazwa, w każdym razie roślina ta należy do rodziny buraków liściowych. Widziałam to na targu, słyszałam, że zdrowe, ale nigdy nie wiedziałam co z tym się robi. No to teraz już wiem :-). Uduszone z czosnkiem i cebulką (czasem z dodatkiem drobno pokrojonych ziemniaków) smakuje trochę jak szpinak, a nawet lepiej. Na zdjęciu poniżej przetworzony mangold na prawym krańcu półmiska.

talerzryb
Talerz ryb. Oczywiście, że musieli dodać coś panierowanego od siebie… No cóż, nie wymagajmy cudów.

Żeby nie było, że jestem taka perfekcyjnie prozdrowotna i rygorystycznie trzymam dietę, nawet na wakacjach, muszę przyznać, że niestety kilka razy zgrzeszyłam. W dodatku zgrzeszyłam z Burkiem. Jest to arabsko-śródziemnomorski placek wykonany przeważnie z ciasta filo, nadziewany serem, ziemniakami, szpinakiem lub mięsem mielonym. Niekiedy występuje w wersji na słodko. Bardzo tłusta i bardzo niezdrowa przekąska, ale za to jaka pyszna i łechtająca ośrodek przyjemności w podwzgórzu… :-). Zjadłam kilka razy i na tym się skończyło, bo chcę zachować ten wspaniały smak w mojej pamięci. Wiem, że tutaj nie dostanę prawdziwego burka :-(. I dobrze, bo na stówę spasłabym się i pochorowała w ciągu kilku tygodni.

figidrzewo
Tutaj rośnie moje śniadanie…

Pogoda nam dopisała, więc każdego ranka kiedy truchtałam sobie wzdłuż skalistego wybrzeża, mijając i witając się z innymi biegaczami (notabene Niemcami, a jakże by inaczej 😉 ), byłam uosobieniem szczęścia. Nie pamiętam, żebym czuła się tak wspaniale kiedykolwiek wcześniej. Aha, pamiętam. To było dobre kilka lat temu, kiedy po raz pierwszy zamieszkałam nad naszym polskim morzem :-). Wracając z porannej przebieżki kupowałam chleb dla domowników (ani razu nie trafił mi się smaczny, a o żytnim zapomnij w tamtejszych piekarniach), ja zaś zjadałam szybkie śniadanie prosto z drzewa.

granat
… a tutaj deser :-).

Z wielkim zaangażowaniem i determinacją przeszłam tudzież przejechałam wyspę wzdłuż i wszerz w poszukiwaniu tiramisu (bo są wakacje i mi się zachciało). Niestety. Mimo zajrzenia do naprawdę każdej restauracji/kawiarni/baru jakie stanęły na mojej drodze, jedynym deserem, jaki znalazłam w menu, były palaczinki z ajsem, czyli po prostu naleśniki z lodami. Nawet w typowo włoskich knajpach. Pozostałam więc w tej kwestii niezaspokojona aż do dnia powrotu.

makrela
Makrela z pieca (podobno). Pyszna.

Lopar jest jednym z niewielu miejsc w Chorwacji, gdzie występują piaszczyste plaże. Ale takie naprawdę piaszczyste, nie jakiś tam drobno zmielony oszukany żwirek. Więc dla rodzin z dziećmi stanowi to raj, co z resztą było zauważalne zarówno po liczbie wózków na ulicach, jak i po różnorodności namiotów i parasoli na samej plaży. Jeżeli znasz jeszcze jakieś inne piękne, autentycznie piaszczyste plaże w Chorwacji, napisz mi o tym koniecznie w komentarzu. Buduję bazę danych do następnego urlopu, który nie wiem kiedy nastąpi, ale warto być zawsze przygotowanym ;-).

Jeszcze tylko parę fotek na deser i kończę już.

widokzokna
Taki mieliśmy widok z okna.
kaktusy
Przydomowy ogródek :-).
suweniry
Niektórzy przywożą z wakacji pocztówki i naszyjniki z muszelek, ja preferuję takie suweniry.

Do zobaczenia!

Jeżeli podoba Ci się to co piszę (albo Ci się nie podoba, ale jesteś ciekawy/a co jeszcze wymyślę), śledź moją stronę na Facebooku lub obserwuj mnie na Instagramie 🙂

 

Reklamy

2 Comments Add yours

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s